niedziela, 17 lutego 2013

No i ten biedny moj blog zarosl pajeczynami, i pustkami,  bo wlascicielka blogu zajeta zyciem bardzo. Tak juz pajeczynami obrosl, ze zapomnialam jak sie na niego zalogowac

Tak to jest - kiedy otworzymy sie na zycie - wpycha sie nam to zycie drzwiami i oknami, ze czasu w ogole na refleksje zadna nie ma. A to wcale dobre nie jest, wiec przywoluje siebie do porzadku, aby jednak ten czas znalezc. Specjalnie w okresie Wielkiego Postu, ktory to Episcopalianie sumiennie obchodza - moze mnie cierpietniczo niz pamietam to ze swojego dziecinstwa, ale jest to tez czas refleksji, czas aby cos tam w sobie przepracowac,  podpolerowac zasniedziale zakatki naszego serca....

Bo ja jak ta zdarta plyta....O ducha i emocje trzeba dbac, i znalezc na to czas... Samo sie to nie zrobi...

No wiec co robilam jak mnie tutaj taaaaak dlugo nie bylo:

1. Biegalam. 

Polknelam haczyk. Od wielu lat z wielka zazdroscia patrzylam na te rzesze Amerykanow ktorzy o kazdej pore dnia i w kazdym miejscu miasta biegaja. Zazdrosc to uczucie wysoce niekonstruktywne. Wytrenowalam juz tak swoje myslenie, ze jesli pika mnie jakas zazdrosc, to natychmiast trzeba ja przydybac, przemyslec i zamienic w inspiracje. Od zazdrosci do zawisci to juz krotka droga....Zawisc jest potwornie destrukcyjnym uczucciem - wynika z mentalnosci ubostwa, z zalozenia ze jest za malo, i trzeba pilnowac swojego i jak sie da to brac....Mentalnosc obfitosci zaklada ze jak sie czlowiek otworzy, da, podzieli to wraca, wraca. I z mojego doswiadczenia wynika ze wraca, i to w sposob niespodziewany i zaskakujacy...

I tak troche jednak zazdroscilam moim kolezankom  ze biegaja maratony ( a to w dodatku to takie  kobiety sa takie ze inspiruja mnie tez  bardzo w innych dziedzinach), i zaczelam je prosic o wsparcie. Wsparcie przyszlo natychmiast - w postaci informacji, pozytywnych wiadomosci - i, hola, hola - moje 48 urodziny bede obchodzila biegiem na piec kilometrow. Poczatki nie sa latwe - ale po 8 tygodniach, zaczynam czuc nalog.... Bieganie na kolana nie jest bardzo zdrowe, wiec do maratonow sie szykowac nie bede, ale mam zamiar wprowadzic plywanie, i rower, i moze mi sie uda pokonac maly triathlon. Ha, atletka sie ze mnie na stare lata robi. To bieganie to dobre tez na ducha, bo ja biegam w pieknej przyrodzie...
( WDZIECZNOSC!!!!!za to ze mam tutaj tyle ladnych parkow),

2. Porzadkowalam

Wciaz usuwam, usuwam i jeszcze raz usuwam z mojego zycia i otoczenia wszystko co mi zawadza. Ostatnio zmagam sie z nawalem balaganu elektronicznego. To jest plaga nie do opanowania dla mnie - mnoza sie wiadomosci emailowe, kupony, grupony, newslettery - wypisuje sie jak moge, ale zaraza nie odchodzi, wraca....Na szczescie,  mniej to szkodliwe dla srodowiska niz papierowa korespondencja...Pamietam jeszcze te czasy tutaj w USA ( moj Boze , ja juz zaczynam mowic jak rodowita Amerykanka), ze nie moglismy sobie poradzic z straszliwa iloscia reklam papierowych - sterty, sterty papierow. Zdecydowanie mniej reklam papierowych teraz przychodzi...ale to co sie dzieje w moim inboxie emailowym to wola o pomste do nieba....

3. Gotowalam

Nie -bycie na diecie okazuje sie calkiem skomplikowanym projektem, poniewaz ja nie umie jesc normalnie.   Cale moje zycie spedzalam na odchudzaniu sie wiec trudno sie dziwic ze moja relacja z jedzeniem okazuje sie byc co-najmniej skomplikowana. Zlapalam sie nad tym ze ja nie umie jesc normalnych posilkow, ze czuje sie fatalnie z pelnym zoladkiem - bo ja wlasciwie caly czas cos skubalam ( w dodatku w ukryciu, chyba takze przed soba).. Mody dietowe zmieniaja sie jak w kalejdoskopie, ja na zadnej z nich nie osiagnelam jakis spektakularnych sukcesow, i w koncu nie wiem jak normalny czlowiek powinine sie odzywiac... Wiem ze cukier jest potwornie niezdrowy,  przetworzone weglowodany tez - wiec to wywalilam z mojego jadlospisu. Wiem ze warzywa sa zdrowe, wiec to jest baza moich posilkow. Wyjelam wage, miarki, ustalilam godziny posilkow, i jem te posilki. Ku-radosci rodziny testuje nowe przepisy ( bo czlowiek nie na diecie je wszystko!) i np. dzios zrobilam cos bardzo pysznego - zamiast kurczaka uzylam  tofu w tym przepisie
http://www.cooks.com/rec/view/0,1739,155185-238199,00.html

I wyszla jedna wiella pycha.....

No ale mamy Wielki Post i trzeba by sie troche zajac duchem, bo on  zaczyna w tej mojej aktywnosci fizycznej dopominac sie od uwage. A co by bylo jakbym tak w tym okresie Wielkiego Postu wrocila troche do swoich korzeni religijnych   i sprobowala tego

FAST, PRAY and GIVE ( post, modlitwa i dawanie).?

 Portal jak dla mnie wyglada fatalnie - ale w zeszlym roku widzialam jak moja kolezanka blogowa praktywala te 40 dni, i poczulam sie zainspirowana...Jesli cos bedzie mi zgrzytalo w tym kalendarzu (pamietajmu ze episkopalianie sa chyba najbardziej liberalnym odlamem chrzescijanstwa) to sobie zamienie...



.











czwartek, 10 stycznia 2013

W zeszlym roku rozdalam moje wszystkie dietetyczne ksiazki. Dieta Atkinsa, Beach Diet, Carbohydrate-Addicts Diet ( z tej chyba najwiecej sie nauczylam). Wypisalam sie z organizacji Straznikow Wagi ( za co-tygodniowe zwazenie,  wpisanie wagi do legitymacji, + godzinna pogadanka - cena $9).

Dzis pozegnalam sie z dziewczynami z forum odchudzania ktore zalozylam kilka lat temu w depsperacji, ze pomoze mi osiagnac nizsza wage. W okresie mojej najwiekszej depresji zwiazanej z przeroznymi i realnymi problemami (liczne ciezkie choroby i smierci w rodzinne, burzliwy okres dojrzewania mojego syna, brak pracy meza) waga moja osagnela radosne 105 kg.

Postanowilam wyciagnac tego slonia z szafy ( to jest amerykanskie powiedzenie - cos co jest oczywiste, a sie stara ukryc) bo postanowilam byc na tym blogu absolutnie uczciwa. Moje zycia nabiera coraz wiecej kolorow, ale te kolory to rezultat mojej solidnej praca nad soba. Jeszcze pare lat temu bylam rozgoryczonym, narzekajacym i chyba troche zawistnym czlowiekiem. Tej zawisci/zazdrosci  to sie najbardziej wstudze- teraz tak bardzo inspiruja mnie ludzie  szczesliwi, pochlonieci pasjami, pracowici, solidni - sama troche  izoluje sie od ludzi, ktorzy sa negatywni, narzekaja.
(Nie mam nic przeciwko konstruktywnej krytyce, sama jest na nia otwarta. Konstruktywna to taka ktora zacheca do wzrostu, nie taka ktora wali obuchem po glowie, przy okazji wsazujac na doskonalosc ktytkujacego!) 

No ale wracajac do tematu dzisiejszej notki.....


Wiec te wszystkie wysilki dietetyczne doprowadzily mnie do miejsca , ze Nowy Rok rozpoczelam gdzies w okolicach 90 kg. Waga wciaz niezdrowa i za duza, ale dzis podjelam rewolucyjna decyzje -  w tym roku sie nie odchudzam, w tym roku zyje pelnia piersia. Jedyna aktywnosci "odchudzajaca" jaka bede kontynuowac w tym roku to moje co-tygodniowe spotkania w tej organizacji. Do OA poszlam w lecie , w momencie kiedy uswiadomilam sobie ze mam bardzo utrwalony mechanizm reagowania na stres jedzeniem. Od pierwszego spotkania poczulam ze solidne uczestnictwo w tym programie, ktora wymaga od nas bezwglednej uczciwosci spojrzenia na swoje dotyczczasowe zycia i wziecia za nie odpowiedzielnosci            ( przede wszystkim wyjscia z pozycji ofiary, bo niemalze kazdy w tym programie, lacznie ze mna, zmaga sie z jakimis zmorami z dziecinstwa) to dla mnie dobra droga.

Koniec z glodowkami. Koniec z dziwnymi diatami. Jedyna rzecz ktora bede przestrzegac to to ze nie jem po godzinie 19. Od jakiegos juz czasu jedynym wlasciwie cukrem w moim jadlospisie sa owoce i kostka lub dwie czekolady - bede to kontynuowac.  W ciagu dnia  zdrowe male pasilki, taki aby nigdy nie byc glodna. . Zobaczymy jakie to da wyniki na koniec roku. Natomiast zaoszedzone pieniadze i energie bede przeznaczac na cos bardziej konstruktywnego. Nowa klasa tanca? Moze lekcje fotografii?  Ciekawa wycieczka? Buty do biegania? O wiele ciekwasze niz odchudzanie. Nawet jesli moja waga mialaby sie nie obnizyc, a bede miala ten sam poziom nadziei, i  radosci i poczucia swojej drogi ( co niekoniecznie wiaze sie z zyciem uslanym rozami) to wole ta wage i to zycie,

Mysl na dzisiaj

 Hope begins in the dark, the stubborn hope that if you just show up and try to do the right thing, the dawn will come. You wait and watch and work: you don't give up.
Anne Lamott

Moje niezdarne tlumaczenie:

Nadzieja zaczyna sie w ciemnosci, ta uparta nadzieja ktora twierdzi, ze jesli po prostu wstaniesz i zrobisz to co powinnas zrobic, swit nadejdzie. Czekaj , patrz i dzialaj: nie poddawaj sie.

 3-1-1
Wdziecznosc: 
  • Ostatni numer naszego czasopisma w tym szkolnym roku jest juz w ostatniej fazie przygotowywania. Fantastyczna dyskusja na temat illustracji do tego numeru. Jeszcze kilka lat temu nasz zespol byl pelen konfliktow, tak ze kazde takie spotkanie to byla wielka nerwowka, teraz to czysta przyjemnosc. 
  •  Za ciekawa prace.
  • Za dzisiejszy ranek z moim M. ktory rozsmieszyl mnie do lez akcja przetykania kobla , ktore zatkal wyrzucajac do niego klopsy rybne.
Byl to ciezki tydzien w pracy, bo po urlopie wszyscy wrocili ze zdwojona energie, ale duzym sukcesem jest ze udalo mi sie dwa razy w tm tygodniu wyjsc na trening w czasie pracy.
You have just finished WEEK 5 DAY 1 of ACTIVE's Couch-to-5K program going 13:54 min/mile. - oglosil moj virtualny trener.  Tak uzywam appsa do tych moich treningow, jogi, i innych zajec, i wciaz sie zastaniawiam dlaczego ja sie tak dlugo bronilam przed tym madrem telefonem ( smart phone).
Odkryciem dla mnie bylo jak ten Waszyngton dramatycznie sie zmienia - jakie to  ladne miasto, ile tam slicznych zakatkow. Obiecuje sobie ze w przyszlym tygodniu porobie pare zdjec i wkleje na bloga.




niedziela, 6 stycznia 2013

W zeszlym roku w grudniu postanowilam wziac rok urlopu duchowego i skorzystac z okazji ze mieszkam w tyglu religijnym i narodosciowym, w okolicy gdzie mam i koscioly roznych wyznan chrzescijankich i niechrzescijanksich, i po prostu spedzic ten rok na eksploracji religijnej. Kosciol i religia pelnila w moim zyciu wazna role - jednak zawsze, ale to zawsze, gdy wydawalo mi sie ze wreszcie stoje na pewnym gruncie wiary, ze bylam pewna ze wreszcie znalzlam wlasciwy kosciol, wlasciwa denominacje, wlasciwy kierunek, to po niedlugim czasie czekalo mnie potezne rozczarowanie, i kolejna poszukiwanie.  Przez moja pierwsza polowe zycia mieszkalam pod Wawelem w Krakowie, w dzrodze do szkol, na studia, do pracy, mijalam przepiekne zabytkowe koscioly i mialam zwyczaj przystawac aby posiedziec, pomodlic sie, pomedytowac w tych mrocznych, tajemniczych miejscach, najczesciej przed obrazem z votami, lancuszkami.sercami ofiarowanymi w podziece za cud. Sama tez jako dziecko zostawialam dziecieca bizuterie pod tymi obrazami proszac o cuda wieksze lub mniejsze. Wychodzilam z tych kosciolow wyciszona, spokojniejsza....

Potem przyjechalam na Amerykanski Uniwersytet Katolicki na studia doktoranckie ( z chemii, wiec z teologia nie zwiazane) , i wciaz studiowalam w bliskosci bazyliki amerykanskiej, ale jakze innej niz te moje koscioly krakowskie - nowoczesnej, ze sklepem w srodku, z licznymi oltarzami, rzezbami  - nieprzystepnej i  w moim mniemaniu  nastawionej na bizness. I ja w tym wszystkim zagubiona i strasznie samotna. W konca rozczarowanie  instytucja katolicka , i z wielkim hukiem zerwalam  z religia mojego dziecinstwa. Jak to ja - w moim zyciu bylo wiele samo-dramatu. Patrzac na siebie sprzed tych wielu lat smiac mi sie chce na moja naiwnosc, i desperacje aby znalezc wyznanie idealne. I zaczely sie wedrowki - kosciol baptystyczny, metodystyczny, ortodoksyjny presbiterianski...po poczatkowym miodowym miesiacu, zauwazalam konflikty, wiekszosc tych kosciolow nekala bieda finansowa. Po jakims czasie zaczelam regularnie uczesczac do episkoplanego kosciola amerykanskiego, ktory oparty jest na teologii kosciola anglikanskiego.

Za Wikipedia cytuje

Doktrynę anglikańską cechuje pewien eklektyzm wynikający z "drogi środka" (via media) między rzymskim katolicyzmem a protestantyzmem. Zdaniem biskupa kościoła episkopalnego Pierre Whalona: Anglikanizm jest rudymentarnym sposobem bycia chrześcijaninem, a nie ideologią. Stara się dać wierzącym konieczne minimum, którego potrzebuje każdy, aby podążać za Chrystusem. Nie rościmy sobie pretensji do posiadania pełni wiary, której nikt inny nie posiada. Mogę delektować się całym chrześcijaństwem: reformowanym, prawosławnym i rzymskim, będąc w swoim Kościele. Co jednak najważniejsze, mogę "z bojaźnią i drżeniem sprawować moje zbawienie", jak pisze Paweł w Liście do Filipian.

I to bylo to. Poczulam w tym kosciele ze moge praktykowac swoja etyke chrzescijanska, bez jakiejs sztywnej doktryny teologicznej. To nie byl kosciol ktory wierzy tylko w Biblie, ale odrzuca tradycje. To nie byl kosciol zbawionych i niezbawionych. To nie byl kosciol ktoty twierdzil ze posiadl tajemnice zbawienia.

W USA ludzie wierzacy maja "swoje" koscioly. Bo za "swoj" kosciol bierze sie sie odpowiedzialnosc. Bierze sie odpowiedzialnosc za finanse, za spolecznosc, za edukacje i za wyjscie do ludzi biednych, pokrzywdzonych, potrzebujacych i samotnych. Ksiadz ( jako ze nasz kosciol jest kosciolem srodka, jest to czasem ksiadz, czasem pastor, i tak kobiety maja takie same prawa do sprawowania poslugi kaplanskiej) pelni role przewodnika duchowego, reszta zajmuja sie parafianie. W moim kosciele poznalam wspanialych ludzi, mialam okazje angazowac sie w projekty charytatywne, studiowac Biblie, a ostatnio wspolnie czytac ksiazki.

Rok temu postanowilam wziac urlop - bylam bardzo zaangazowana w roznego rodzaju przedwsieziecia i czulam sie troche wypalona. Odkrylam medytacje buddyjskie, chodzilam na wyklady teologiczne, i dzis po roku nieobecnosci wrocilam do "mojego" kosciola. W "moim" kosciele 95% to ludzie z Afryki lub z Karaibow - ciepli, serdeczni i bardzo ekspresyjni. Organizacja, harmonogramy i cala ta instytucjonalna biurokracja nie jest silna strona tego kosciola. Cuda zdarzaja sie tutaj czesto. Cos jest zaplanowane, niby umowione, i  potem zapomniane, ale  potem jak w Kaanie Galileskiej, jedzenie cudem sie pojawia, ktos stawia sie z samochodem aby wspomoc akcje i wszystko pracuje...W tym kosciele nauczylam sie ze czasem nic nie pozostaje tylko zdac sie na Boga.... Nauczylam sie sluchac uwaznie kompletnie innych punktow widzenia.

Kiedy sie dzis pojawilam na glownym nabozenstwie to starszi Afrykanczycy  zbesztali mnie,  ze mnie dlugo  w kosciele nie bylo, potem  wysciskali, wycalowali - i tak sobie mysle, ze im jestem starsza, tym mniej mam pewnosci do jakiejkolwiek teologii,  ale wciaz wierze w kosciol, ktory przy wejsciu ma spizarke dla bezdomnych, 30% swojego budzetu przeznacza dla pomoc dla potrzebujacych, ma drzwi szeroko otwarte dla kazdego kto potrzebuje byc z innymi w niedziele rano, a znak pokoju trwa 20 minut bo kazdy musi sie z kazdym wysciskac i ucalowac. Tak, zdecydowanie ja wierze w potrzebe takich kosciolow, gdzie ludzie sa tacy sami jak gdzie indziej - kompletnie niedoskonali, ale wierzacy w przeslanie milosci.



Wdziecznosc:
  • Za ta piekna spolecznosc w moim zyciu. 
  • Za pogodna i konstruktywna rozmowe z moja mama.
  • Za mily wieczor w kinie z G. 

środa, 2 stycznia 2013


When we are able to take the next step that follows, with the trust that we will have enough light for the step that follows, we can walk through life with joy and be surprised at how far we go. Let’s rejoice in the little light we carry and not ask for the great beam that would take all shadows away.
Henri Nouwen

Powyzszy cytat Henri Nouwena pasuje doskonale do pierwszych dni roku. Czesto lapie sie na uczuciu leku. martwie sie jak bedzie wygladala przyszlosc mojego syna, martwie sie o nasze starsze mamy, martwie sie o sytuacje polityczna, o zdrowie. Moje zmartwienia nie dotycza chwili obecnej, dotycza przyszlosci. Chcialabym wiedziec ze za rok, dwa trzy lata bedzie tak jak jest teraz - w mare stabilnie. Nie wiem. Nie mam nad tym kontroli. Bedzie jak bedzie. Nie moge zapewnic sobie wielkiego strumienia swiatla na cala przyszlosc. Nie moge tam zajrzec. Jednak madra mysl Henri Nowuvena zwraca nasza uwage na ten obecny moment, i ten kolejny w bardzo bliskiej przyszlosci, za minute, godzine... i ten nastepny, ktory nadchodzi. Zacheca nas by nie rozpraszac naszego swiatla, naszej energii na daleka, amorficzna i niesprecywana przyszlosc. Zwraca uwage na skupienie naszego swiatla nad rozswietlenie tego obecnego momentu. Stawiajac te nasze male i uwazne kroki w kierunku przeszlosci ktorej nijak nie da sie do konca przewidziec, mozemy sie jednak zdziiwic ile radosci moze przyniesc moze nam to malutkie swiatelko chwili obecnej, jak daleko mozna dojsc tymi malymi i uwaznymi kroczkami. I ile nas radosci i niespodzianek moze spotkac gdy uwage mamy skupiona na chwili obecnej. Bardzo potrzebne przypomnienie, teraz gdy politycy straszyli nas intensywnie widmem katastrofy, o ktorej dyskusje zaczna sie znow za dwa miesiace.
 

3-1-1
Wdziecznosc:
  • Wrocilam po tygodniu urlopu do pracy z duza radoscia. Jestem wdzieczna za ludzi z ktorymi pracuje, jestem wdzieczna ze te wszystkie zmiany w pracy ktore wprowadzilam w zeszlym roku. 
  • Za zdrowie. 
  • Za moja przyjaciolke Krystal. Za to mimo ze jest tak bardzo chora, jest dla mnie inspiracja.
_________________________________

Projekt Skonczony:
  • Cale 30 minut jogi w domu. Rowniez ciezko mi sie bylo oderwac od moich papierow i wyjsc na 30 minut na spacer, ale zrobilam to. Pracuje w centrum Waszyngtonu, i dzis zdalam sobie sprawe ze chyba nie widzialam Bialego Domu dobrych kilka lat. Przygotowania do inaguracji nowego-starego prezydenta ida pelna para.Trybuny juz stoja.
Krok naprzod 
Zrobilam dzis w pracy liste wszystkich zadan. W jednym kalendarzu, pozbylam sie karteluszek, papierkow.

Dzis czekajac na parkingu na swoj samochod stalam obok kobiety, ktora przerazliwie ziewala. Zartujac, zapytalam czy to zmeczenie to w zwiazku z noworoczna impreza. Ona mi odpowiedziala - "chcialabym zeby tak bylo. Mialam plany na szalenczy urlop, skonczylo sie na pracy." okazalo sie sie to lobbistka, ktora musiala dlugo w noc starego i dzien nowego roku pracowac , tak jak pracowal amerykanski rzad aby nie spuscic calej ekonomii ( mozna nawet zaryzkowac tutaj stwierdzenie, ekonomii swiata) z klifu.  Welcome to Washinton, DC.! Za dwa miesiace dojdziemy do kolejnego klifu. No ale postanawiam sie  tym nie  martwic :)

wtorek, 1 stycznia 2013

Dzien 1

Kolejny Nowy Rok. Dla Wszystkich odwiedzajacych mnie na tym blogu skladam najlepsze zyczenia noworoczne. Dla tych co stawiaja przed soba cele, lub podejmuja noworoczne postanowienia, chcialabym sie podzielic tym video:




Prawdziwa inspiracja, z ktora sie gleboko identyfikuje bo od jakiegos czasu calkiem regularnie praktykuje joge, i widze jak te czasem ciezkie i zmudne cwiczenia  posunely mnie do przodu w roznych dziedzinach mojego zycia.

 No to czas na wyznanie - jestem uzalezniona od nowych poczatkow - lubie poniedzialki, lubie poczatki roku, zawsze lubilam poczatek roku szkolnego, poczatek nowej pracy itp, itd. Napelnialy mnie te nowe poczatki  zawsze energia, robilam nowe postanowienia, czulam ze wzrastam. Jestem bardzo zadowolona z zeszlego roku - fakt ze w miare regularnie prowadzilam ten blog ( goraco zachecam wszystkich ktorzy probuja wprowadzic nowe nawyki do swojego zycia  lub usunac  te, ktore niczemu nie sluza ze swojego zycia do prowadzenia dziennika, albo jeszcze lepiej bloga, bo blog czerpie z dzialan  innych ludzi.

Ale wrocmy do projektu szczesliwosci. Nie jestem naiwna - wiem ze na to czy czujemy sie szczesliwi, czy nie,  ma wplyw tak wiele czynnikow. Wiele z nich niezaleznych od nas. Przed wszystkim geneteyka ( naukowcy twierdza ze 50% sa ludzie po prostu z genetycznie uwarunkowana sklonnoscia do melancholii), poza tym nasze warunki zewnetrzne takie jak wiek, to czy jestesmy w satysfakcjunajacych zwiazkach, czy tez sami ale w dobrej relacji ze soba, zdrowie, zawod, mozliwosc i warunki naszej pracy, status finansowy ( bieda  czesto stoi na przeszkodzie do szczescia ale tez i bogactwo szczesia nie zapewnia) , zdrowie, przynaleznosc religijana itp, itd - ale wg naukowcow, te warunki zewnetrzne to okolo 10 - 20 procent. (wg statystyk z ksiazki Happiness Project). No ale w koncu w naszych rekach jest co najmniej 30% proce dzialan ktore moga uczynic asze ycia szczesliwszymi. A wiadomo ze czlowiek szczesliwszy, to czlowiek lepszy dla swojego otoczeniai  produktywniejszy, wiec jest to taki zdrowy egoizm. 30% - to w sumie bardzo duzo!

Poczucie szczescia jest sprawa bardzo indywidualna, i mnie samej nielatwo jest zdefiniowac czym dla mnie jest szczescie. Wiem natomiast kiedy czuje sie kiepsko - przede wszystkim wtedy kiedy moja strona fizyczna jest zaniedbana, kiedy ze stresem radze sobie za pomoca moich kompulsywnych reakcji, kiedy brakuje mi ruchu, swiezego powietrza, kiedy trace kontakt z moim mezem, kiedy zaczynam sie izolowac, kiedy zaczynam lapac tysiac srok za ogon i niczego nie konczyc i  kiedy nie jestem uczciwa w stosunku do  siebie ( zamiatanie negatywnych emocji pod dywan, nierozwiazywanie konfliktow, ucieczki emocjonalne.). Tej ostatniej rzeczy musze sie troszke bardziej przyjrzec. 

Wiem tez ze nie radze sobie dobrze z duzymi blokami niezaplanowanego czasu. Wiele ludzi zwraca mi to uwage ze w zyciu po prostu trzeba byc, spontanicznie byc- zgoda, ale  u mnie takie bycie bez planu, skladu i ladu prowadzi do nudy i chaosu myslowego. Bycie dla mnie to zaplanowana medytacja, czas spedzony na spacerze, zaplanowany czas z bliskimi mi ludzmi.  To wynika z mojego zdiagnozowanego ADD. Odkad zostalam zdiagnozowana  lagodna forma ADD , nauczylam sie ze nie moge pracowac nad kilkoma  projektrami w tym samym czasie, zaczelam joge, odgracilam dramatycznie swoje srodowisko z rzeczy ktrore mi nie sa potrzebne, jestem  teraz o wiele bardziej efektywna, i czuje sie zdecydowanie lepiej. Niestety  w momentach stresu, lub zbyt duzej ilosci wolnego czasu ADD dopada mnie ze zdwojona sila. O tym ze stres poteguje ADD u mnie to wiedzialam, ale dopiero niedawno zdalam sobie sprawe ze tak samo zle wpywa na mnie brak struktury podczas wolnego czasu. Ta struktura moze byc minimalna, np takie stwierdzenie - teraz przez 20 minut czytam ksiazke - i to juz wystarczy. 

 Czuje sie tez szczesliwa, kiedy mam gleboka relacje z ludzmi. ( Jako ze mieszkam na emigracji, te relacje z ludzmi sa i osobiste i wirtualne, ale chce aby byly to realcje a nie tylko Facebookowe znajomosci). Poniewaz jestem ambitna i lubie swoja prace, czuje sie tez szczesliwa kiedy idzie nam w pracy dobrze,  i rozwijamy sie jako zespol. Mam solidna rodzine, i czuje sie szczesliwa kiedy wszyscy  sa zdrowi i zadowoleni, ale musze pamietac ze jako matka doroslego syna, i oczywiscie zona doroslego mezczyzni - moi mezczyzni sa odpowiedzialni za swoje szczescie. (Musze o tym pamietac bo mimo 23 lat na emigracji czasem wlacza mi sie szkodliwy syndrom Matki Polki, ktory nikomu nie sluzy .) I przede wszystkim czuje sie zdecydowanie bardziej szcesliwa, jesli jestem systematyczna. Rok 2012 cechowaly porywy i upadki, w roku 2013 chcialabym sie pozbyc ektremalnych, krotkotrwalych krokow, a praktykowac systematyczne kroki do przodu. Sprobujmy wiec modelu  z Happiness Project - jedna sroke na miesiac. W styczniu postaram sie popracowac nad nawykami w zakresie mojego zdrowia, zakladajac ze w zdrowym ciele - szczesliwy duch.


Moje cele beda proste:
1. Co najmniej 8 godzin snu ( moim fatalnym nawykiem wieczorem jest bezmyslne ogladanie telewizji. Wynika to po prostu z braku wieczornej energii aby zebrac dupsko w troki i udac sie do lozka. Telewizji nie bede eliminowac, ale bede ja ogladac tylko dlatego ze chce, a nie dlatego ze nie mam sily na nic innego.)

2. Co najmniej jedna godzina intensywnego ruchu fizycznego. Moze byc rozbita na kilka czesci. Po roku prob cwiczenia o roznych porach dniac, idealne dla mnie jest rozbicie mojego 8 -9 dnia pracy przy biurku intensywnym ruchem. Mysle ze to wyeliminuje bezmyslne sesje telwizyjn, gdyz nie ma nic bardziej meczacego jak siedzenie przy biurku bez przerwy!)

3, Zdrowe jedzenie. W zeszlym roku wprowadzilam duzo zmian w tej dziedzinie i pozostaje mi do uregulowani ostatni posilek dnia. Telewizja i cukier to u mnie nierozlaczni przyjaciele. Mam nadzieje oslabic relacje z obydwoma w styczniu. Moim ostatnim posilkiem bedzie taki warzywno-owocowo-proteinowy napoj: Zaczelam to robic od kilku dni i jest to dla mnie swietne rozwiazanie. T asztywnosc wyeliminuje bardzo rozlegle pertraktacje, ktore prowadze  sama ze soba wieczorami  w sprawie kolejnego ciasteczka. Jesli jestem bardzo zmeczona nawet na te pertraktacje nie ma sil - ciasteczka robia sie automatem. Jak w ciagu dniach bede mogla sobie pozwolic na kostke lub dwie dobrej czekolady, czy cos malego i dobrego do kawy, to wieczor - mowy nie ma. Tutaj nie bedzie zadnej elastycznosci. Tutaj zastosujemy abstynencje.

4. Codzienna chwila refleksja, jesli mozliwe to zlapana tutaj na blogu w formacie 3-1-1 ( trzy rzeczy za ktore jestem wdzieczna, jeden skonczony projekt, jeden krok w kierunku  mojego wzrostu.

5. W styczniu tez chce odnowic/poglebic kontakt z bliskimi mi ludzmi. Tak sformulowany cel z gory jest skazany na porazke, bo nie jest SMART.   Aby uczynic te cel bardziej konkretnym, powiedzmy ze w styczniu zrobie liste wszystkich  ludzi ktorzy sa dla mnie wazni, a z ktorymi zaniedbalam kontakt. W styczniu tez postaram sie codziennie do kogos zadzwonic - mam z tym dzwonieniem potworny problem, i czesto obiecuje ze zadzwonie i nie dotrzymuje slowa, bo mam w sobie jaks blokade. A mieszkajac w USA wiele przyjazni pielegnuje sie wlasnie poprzez kontakt telefoniczny.



Teraz potrzebuje dobrego/ prostego formatu na notatki z tego projektu. Musi byc szybki, aby trzymal mnie w ryzach, bo jak ostatnio widac z dlugosci moich natatek, coraz bardziej sie do pisania rozkrecam, a ja sama nie mam czasu czytac tych elaboratow, a co dopiero Ci ktorzy mnie tutaj odwiedzaja. ( publikuje ten moj projekt, bo jesli ktos chcialby dolaczyc to bede wdzieczna bo razniej w grupie.)
No to sprobujmy tego formatu.

3-1-1
Codzienna Refleksja:
W zdrowym ciele szczesliwy duch: ( sen, jedzenie, ruch): Krotko!
Telefon.

311 (Wdziecznosc, Zamkniety Projekt, Krok Naprzod)

Wdziecznosc:

  • Piekna okolica w ktorej mieszkam - blisko do parkow, mili ludzi i zaczyna sie tutaj duzo dziac.
  • Facebook. Mam wielu przyjaciol Facebookowych i plynie stamtad do mnie wiele inspiracji.
  • Te krotkie wakacje swiateczne, ktore naprawde odnowily mojego ducha.
 Zamkniety Projekt: Zakonczony dzien trzeci z trzeciego tygodnia programu z kanapy do biegu na 5 kilometrow.

Krok Naprzod: Odpisalam  na wszystkie zalegle emaile.

Codzienna Refleksja: Ten blog. 
Zdrowie: Jedzenie - bardzo dobrze, co do snu wprowadzamy elstycznosc ze wzgledu na obchody noworoczne. 
Telefon: 0 

Moze byc. Bedziemy troche modyfikowac w praniu. 











poniedziałek, 10 grudnia 2012

366 dni dobiega konca

Grudzien. Pomalu czas nad podsumowanie. Przyjechalam z konferencji w Arizonie zaziebiona i postanowilam wziac dzien wolnego aby nie rozsiewac wokol siebie wirusow, wiec dobry to czas na chwile refleksji. Tym bardziej ze wczorajszy wieczor spedzilismy w Katedrze Waszyngtonskiej  na wspanialym koncercie Haendla pt. Mesjasz. Haendel napisal to  piekne oratorium, grane tak czesto u nas w okresie Swiat Bozego Narodzenia, w ciagu  zaledwie  24 dni.  Uwaza sie ze pisal go w wielkim natchnieniu, sam Haendel skomentowal ze chcial aby ludzie po jego koncercie stali sie lepsi...Nie wiem czy sie stalam lepsza, ale napewno poczulam ze jestesmy w okresie swiatecznym....bom zagoniona znow strasznie.


No wiec 366 Dni Uwaznego Zycia. Niecale 366 dni. Jeszcze troszke do konca roku, ale w glowie juz rodzi mi sie nowy projekt. Wlasnie jako rezultat tych 366 uwaznych dni. Bo gdzie ostatnio sie odwroce to widze cos zwiazanego ze szczesciem - i tak sobie mysle ze to Wszechswiat, czy Sila Wyzsza, czy tez Bog jakkolwiek Go/Ja rozumiemy ( bo moje rozumienie Boga jako zwiazanego z jakakolwiek religia dramatycznie sie rozmylo w tym roku) daje mi do zrozumienia ze to powinien byc moj kolejny krok.

Happiness Project?

Projekt: Szczescie?

A niby dlaczego nie? Juz w tym roku uwaznego zycia mialam wglad w dni samo-wykreowanego szczescia.

 Dalai  Lama ujal to doskonale:

 Happiness is not something ready made. It comes from your own actions.
Szczescie nie jest cos co dostaje sie gotowym. On przychodzi do nas w wyniku naszego dzialania ( i wyborow - jesli moge dodac.)


 No ale wracajac do tego roku. Uwazne zycie nie zawsze bylo latwe. Spedzilam ten rok z dwoma moimi literackimi mentorkami - Pema Chodron i Anne Lamott

Dwa cytaty tych kobiet (z ktorymi czuje wyjatkowa wiez duchowa)  moga ogolnie podsumowac to czego sie  w tym roku dobrze nauczylam :

A thoroughly good relationship with ourselves results in being still, which doesn't mean we don't run and jump and dance about. It means there's no compulsiveness. We don't overwork, overeat, oversmoke, overseduce. In short, we begin to stop causing harm.
Pema Chodron
Moja interpretacja:
Soliodna i dobra relacja z sama soba przynosi nam spokoj i  cisze wewnetrzna. Cisza wewnetrzna to nie jest tak ze siedzimy i medytujemy popijajac zielona herbate ( ktorej zdecydowanie nie lubie). Medytacje pomagaja, ( owszem!), nawet jakby to byla tylko krotka modlitwa, czy pore glebokich oddechow. A juz joga pomaga bardzo. Mozna pedzic przez to zycie ( mialam i takie okresy),  czy tez tanczyc ( tych mialam mniej - ten taniec to glownie Zumba na moim gymie), czy tez nawet byc w srodku  bardzo stresujacej sytuacji i wciaz zachowac ten przyslowiowy spokoj. Czesto w takim stresujacym okresie wracalam do swojego cytatu z tego blogu o tej solidnej zdrowej sosnie co i ta burze przetrzyma. Czasem nie bylo latwo. Bolalo. Szczypalo. Drapalo. Czesto ten bol pochodzil z dokopania sie z kolejnej prawdy niezbyt chlubnej w sobie. Ale zdecydowanie pare skorup odlupalam, kilka innych wciaz mam na oku. W rezultacie zdobytej wiedzy i wiary we wspol-czucie, ktore zaczyna sie od wspol-czucia samego siebie, coraz lepiej mi szla troska o siebie w moim uwaznym roku.
W rezultacie tego roku, moje relacje z wieloma ludzmi bardzo sie poglebily ( stad niesystematycznosc na tym blogu - zaczelam rok czujac sie bardzo samotna, rok koncze z wielka wdziecznoscia za wszystkich ludzi z ktorymi odnowilam, poglebilam lub zaczelam  przyjazn.) .Nasze ksiazkowe spotkania przetrwaly caly rok.  Moje regaowanie na stres kompulsywnym jedzeniem trzymam w ryzach dzieki systematycznym uczestnictwie w tej organizacji. To bardzo duzo.

Majac juz ta cisze wewnetrzna, kiedy przeczytalam ten fragment to pomyslalam ze  jest w nim zawartego cos co musze wryc sobie w pamiec:

“But about a month before my friend Pammy died, she said something that may have permanently changed me.


"We had gone shopping for a dress for me to wear that night to a nightclub with the man I was seeing at the time. Pammy was in a wheelchair, wearing her Queen Mum wig, the Easy Rider look in her eyes. I tried on a lavender minidress, which is not my usual style. I tend to wear big, baggy clothes. People used to tell me I dressed like John Goodman. Anyway, the dress fit perfectly, and I came out to model it for her. I stood there feeling very shy and self-conscious and pleased. Then I said, 'Do you think it makes my hips look too big?' and she said to me slowly, 'Annie? I really don’t think you have that kind of time.'"


--Anne Lamott

 
Moja interpretacja - zycie jest krotkie i niezwykle cenne. Zycie w tej formie jaka znamy jest rowniez niezwykle kruche. Dlatego naprawde nie mamy  takiego czasu na fochy, klotnie, zawisci, zazdrosci, posiadanie zawsze racji i swojego zdania,  materie taka czy siaka, przejmowanie sie wielkoscia ud czy lydek ( tak lydki to najmniej lubiana moja czesc ciala!). My naprawde nie mamy takiego czasu aby sie napuszac i nabzdyczac. O jak czasem czulam to nabzdyczanie. Bo ja z wieloma ludzmi pracuje na codzien. Ale nauczylam sie zlapac to nabzdyczenie i wypuscic ta pare (pranayama bardzo w tym pomocna jest).

Co jest najbardziej cenne?  Moja relacja ze soiba. Bo najwiecej czasu razem przebywamy i dobrze byloby aby nam ze soba bylo dobrze.A to ze jest nam razem dobrze to nie znaczy ze ja jestem centrum i pepek wszechswiata.  Bo ludzie i moje relacje z nimi sa bardzo wazne.   Bo oni szybko odchodza. Wraz z lydkami, torebkami, perfumami, kuchniami, itp. Co nie znaczy ze nie nalezy o zdrowie dbac. Czy tez o swoje otoczenie. Czy o wolny czas. Ale perspektywe trzeba miec, ze  nie mamy takiego czasu zeby martwic sie przesadnie o grube lydki, czy to swoje czy tez innych. Dopoki te lydki sprawne - to niech  tanacza i biegaja jak najwiecej. I to jest piekno dojrzalosci:).

I ostatnia ogolna refleksja z tego roku:
“The more we have the less we own.” ~ Meister Eckhart
Im wiecej mamy, tym mniej posiadamy. Wlasciwie w tym roku pozbywalam sie rzeczy. Oddawalam, porzadkowalam.


 Inne lekcje nauczone sie w tym roku:
  • dyscyplina i struktura bardzo mi sluzy ( moje cwiczenia 3-1-1 - byly bardzo pomocne !)
  • przy moim trybie pracy, czestych wyjazdach, ambitny cel = codzienny wpis na blogu- byl wielce nieralistyczny i z gory skazal mnie na porazke. Systematycznosc, plan - tak ale z pewna doza elastycznosci.
  • moje samopoczucie jest wprost proporcjalne do tego ile sie ruszam i ile spie
  • musze pogodzic sie z tym ze nie mam takiego czasu ze dam rade zrobic wszystko sama, po prostu jest to niemozliwe. Dlatego z tych wszystkich rzeczy ktore chce zrobic musze wybrac te ktore chce bardziej, i nie patrzec w tyl. W tym uwznym roku probowalam tylu nowych rzeczy i musze spokojnie zastanowic sie nad tym co mi i innym sluzy, i co bede kontynuowac z wieksza uwaznoscia, systematycznoscia i dyscyplina.
  •   nie wszyscy musza mnie lubic, i ja tez nie musze wszystkich lubic. To wciaz o pracy. Czasem bardziej niz chcrzescijankie kochanie blizniego latwiejsze jest nieczynienie zla. Po prostu. nie czyn zla. W relacji ktora nie jest najlepsza. Mam taka jedna w pracy.
  • trudnosc sprawiaja mi male systematyczne kroki. Potrafie dac kilka wielkich susow do przodu aby potem stanac super zmeczona w miejscu lub cofnac sie do tylu. Slow angielskie  "pacing" (tempo) przychodzi na mysl. Pace yourself mawiaja Amerykanie.
  • i pare innych rzeczy o ktorych nie za bardzo chce tutaj pisac bo chlubne prawdy to nie sa, ale zostaly one obejrzane - no dobra, napisze. Od dziecka jestem wielka krolowa dramatu, kazdy problem potrafie rozdmuchac w mojej biednej glowie. No i bardzo czesto jestem przekonana ze powinno byc tak jak JA CHCE. Czasem to mi nie sluzy dobrze, bo potrafie sie dokladnie zabarykadowac i poddusic w ciasnym pokoju swojego ego, tak jak Pema o tym pisze:
"Ego is like a room of your own, a room with a view with the temperature and the smells and the music that you like. You want it your own way. You'd just like to have a little peace, you'd like to have a little happiness, you know, just gimme a break. 
Ego nasze to jak ten pokoj ze wszystkim co go  lube - z temperatura taka jak byc POWINNA, z zapachem takim a nie innym, i muzyka ktora znam dobrze i lubie. TAK JAK JA CHCE. Wlasnie TAK! Juz sobie wszystko ulozylam, zaplanowalam, posprzatalam - niech juz tak bedzie. ( Oczywiscie to przenosna  chodzi o to nasze "domowe" myslenie ze wszystkimi naszymi zaprzyjaznionymi historiami! A moje historie w glowie dramatyczne byc potrafia.)

 Bo rezultat tych wyuczonych, oswojonych i bezpiecznych przekonan jest taki ze czlowiek zamkniety na nowe doswiadczenie kompletnie. Jak sie lepiej przyjrzalam dlaczego czasem tak sie obkopuje to widze ze kieruje mna strach. Bo ja porazek nie lubie. Sukcesy lubie. Piatki w szkole i zdane egzaminy. Pochwaly. A to bardzo stare i dawne czasy, ktore w dodatku mijaly mi troche w dysfunkcjonalnych czasach.....

  • no i na deser - coraz latwiej mi sie pisze w jezyku ojczystym. Zwlaszcza po powrocie z Polski. Jest nadzieja ze ten moj jedyny artystyczny talent ( bo ani rysowac ani spiewac nie umie - pisanie to byla moja silna strona) da sie jescze odkopac. Tylko ze wymaga to czasu. 

No to ostatnie dni tego roku spedze na przygotowaniou sie na :

PROJEKT SZCZESCIE 




piątek, 23 listopada 2012

Thanksgiving Day

Ostatni miesiac nieobecnosci na blogu uplynal mi na intensywnym przygotowaniu do 3-tygodniowego urlopu. Tak, tak  urlopu! Ostatnie dwa tygodnie spedzilam w Europe - 10 dni w Polsce i 3 dni w Luksemburgu. Wrocilam z Europy tuz na nasze najwieksze amerykanskie swieta - Thanksgiving Day - kolejny tydzien wolnego czasu - bardzo potrzebny na refleksje i  spokojne przejscie z trybu urlopowego na tryb pracowy.

Jestem bardzo wdzieczna za te moje wakacje. Patrzac w przeszlosc, pochlonieta problemami emigracyjnymi, nie bylam systematyczna w pielegnowaniu przyjazni, nie pisalam, nie dzwonilam, izolowalam sie nie umiejac prosic o wsparcie i pomoc. Mimo to moja gleboka przyjazn licealna przetrwala - moja przyjaciolka z lat licealnych jest taka sama jaka byla kiedys- serdeczna, dobra, z wielkim sercem i Bogu dziekuje za to to ze posadzil nas kiedys razem w jednej lawce. Spotkalam sie tez z przyjacielem z czasow studenckich - serce mi sie raduje ze z rozbawionego, troche szalonego chlopaka, zrobil sie z niego fajny i dojrzaly naukowiec. Pelen pasji, zainteresowan - cieply i bardzo mily czlowiek. Poznalam tez osobiscie trzy kobiety z ktorymi utrzymywalam wirtualny kontakt przez ostatnie osiem lat. Po pierwszych, nieco niezrecznych minutach zaczelysmy rozmawiac jak stare znajome.

Wypilam w Polsce duzo dobrego wina w pieknych krakowskich kawiarenkach i przy obficie zastawianych stolach w domach dobrych ludzi.  Przegadalam dluigie godziny ze wspanialymi ludzmi, z uporem maniaka zwracalam wszystkie narzekania na wdziecznosc i radosc z tego ze jestesmy razem i zdrowi, i ze ta nasza obecna chwila jest i trwa, i na niej sie trzeba koncentrowac. Byly male smutne i nostalgiczne chwile, w ktorym widzialam jasno, ze szkoda bylo czasu i energii bylo na te wszystkie dramaty w przeszlosci - zycia nie da sie przewidziec i zaplanowac, bliscy ludzie odchodza, i  trzeba sie spieszyc z tym kochaniem bo czas tak naprawde krotki dla nas wszystkich jest, a nawet najpiekniejsza materia bez ludzi traci kompletnie swoja wartosc.

Wciaz zasypiam prawie na stojaco o osmej wieczor, i rzesko budze sie o czwartej rano. Wciaz, jak zamkne oczy to chodze po zaulkach Krakowa, zagladam w stare bramy, zasiadam w malenkich kawiarniach na Kazimierzu i slucham ballad Pawla Orkisza. Jeszcze nie do konca wrocilam na ten kontynent gdzie zycie szybsze, bardziej nowoczesne i mniej skomplikowane. Jeszcze chwilke trwam po tamtej stronie Atlantyku.....Jeszcze chwilke....

poniedziałek, 1 października 2012

Zbierasz co Siejesz




 Jesien. W Waszyngtonie zaczyna sie ona nieco pozniej - wrzesien tutaj jest wciaz bardzo letni- pierwsze jesienne kolory dotarly do nas dopiero w ostatnich dniach. Jesien to czas zniw. Ziarna zasiane na poczatku roku, pielegnowane przez wiosne i lato powinny dawac pierwsze plony. Jesien to takze czas co-rocznego odchodzenia. To dobry czas aby przyjrzec sie swojemu zyciu i zobaczyc w nim rzeczy/sytuacje/emocje/blokady ktore juz nijak nam nie sluza. Moze ich rola w naszym zyciu sie skonczyla?  Moze nabylismy je przy okazji, nieswiadomie? Moze narosly jak te skorupy na naszych sercach wskutek bolesnych doswiadczen? 

Czas aby powoilic im odejsc.

  • Czemu/komu musze pozwolec odejsc z mojego zycia?                  
Przez wiele lat mojej emigracji  utrzymywalam moje mieszkanie w Krakowie. Byl to moj zawor bezpieczenstwa. Gdyby mi sie nie powiodlo na emigracji mialam swoje miejsce gdzie moglam wrocic. Czas  pozbyc sie tego wentyla. To mieszkanie w Krakowie jest mi juz niepotrzebne. Moze odejsc. Resztki mojego dobytku przed-emigracyjnemu oddam dla bezdomnych. Let it go.Let it go. Zamykam pewien rozdzial mojego zycia.

  • Co mnie blokuje, stoi na przeszkodzie do  mojego spokoju  wewnetrznego  i radosci?
Tutaj zaczynam zbierac olbrzymie plony mojej placy. Przez ostatnie miesiace pozbylam sie balaganu materialnego, emocjonalnego i duchowego. Uporzadkowalam swoja przestrzen materialna ( tak w pracy jak i w domu), poglebilam relacje z moimi najblizszymi, zbudowalam piekny zespol w pracy. Coraz lepiej mi idzie dbanie o siebie i wypoczynek. Praca sprawia mi olbrzymia radosc. Moje relacje z ludzmi sa coraz bogatsze. Blokuje mnie wciaz czasami przepracowanie, brak czasu i pospiech. Blokuje mnie niepotrzebna materia w moim zyciu ( w roznych formach). Lepsze planowanie, ustawienie swojej intencji na kazdy dzien, niezapelnianie swojego kalendarza do granic wytrzymalosci gwarantuja mi czas na refleksje , medytacje i fizyczny ruch.

W ramach mojego szkolenia w pracy kilka miesiecy temu, mielismy napisac sobie swoja zyciowa wizje. Przemyslenia i te na tym blogu i te prywatne spowodowaly ze zadziwiajaco szybko wiedzialam co jest dla mnie wazne, i w jakim kierunku chce podazac. Chce sobie te moje notatki z tego szkolenia tutaj zapisac, aby do nich wracac od czasu do czasu. 



 I am at my best when among people I love and  trust, when I do not hurry, and when I take care of myself.
I will try to prevent times when I worry too much, hurry, over-commit, overeat, and    engage in conflict.
I will enjoy my work by becoming a better manager, do more planning and engage in more creative aspects of my work like writing and presenting. I will make sure that every day I learn something new.
I will find enjoyment in my personal life through spending  time with my family, taking  long walks, reading, meeting with friends and family, volunteering, biking,  practicing yoga,  and writing my blog.
I will find opportunities to use my natural talents and gifts such as being a good and loving friend, good writer creative cook and gardener. 
 I can do anything I set my mind to. One day I will be living closer to my family and will get back to teraching in some capacity.
 My life's journey is to practice being gentle to myself and everybody around more as I work on my own personal growth . I share all my gifts generously.
I will be compassionate, joyful and loving.  I will have fun in my life.  I will be smart and generous as well as beautiful inside and outside.
My most important future contribution to others will be loyalty, inner strength, and  healthiness. I will be a loving individual that responds to my own needs and needs of other in the way that is supportive and helpful.

I will stop procrastinating and start working on:

  •  taking a better care of myself
  • work in a more effective way - smarter and not longer,
  • be more loving and patient to my closest family

I will strive to incorporate the following attributes into my life:
  • wisdom
  • steadiness
  • self-love

I will constantly renew myself by focusing on the four dimensions of my life:
  • spend one hour exercising ( including yoga)
  • meditate/pray
  • participate in Toast Masters/ Book Club/OA meetings
  • write my blog
  • reading
  • nurture my marriage and my friendships

piątek, 14 września 2012

wspol-czucie


Zycie ma to do siebie ze jest pelne cierpienia.  Nawet jesli w w danym momencie zycia to cierpienie nas nie dotyka bezposrednio,  to na codzien jestesmy jego swiadkami. Ludzie umieraja, choruja, sa bardzo biedni, skrzywdzeni lub tez robia bardzo glupie rzeczy ktore rania ich samych i rania ich najblizszych.   Rozne sa nasze reakcje na ten codzienny bol.  Ja sama czesto przed nim uciekam. Ogladam mniej telewizji bo irytuje sie ze „same smutki w tej TV pokazuja”.  ( Moje osobiste slowa wczoraj wieczorem!) Poniewaz o tragediach  mowi sie duzo i czesto, to zazwyczaj moim mechanizmem ochronnym jest zamkniecie sie na te tragedie – niewiele moge zrobic, jestem bezradna,  wiec tez nie czuje jakis specjalnych emocji, moje wspolczucie odbywa sie na powierzchni zabarykadowanego serca. Jeszce gorzej gdy wyrzuty sumienia ze nic nie zrobilam paralizuja mnie do dalszej niemocy. 

Ale sa momenty kiedy czuje prawdziwe, glebokie wspolczecie w odpowiedzi na cierpienie i bol. To takie  drzenie serca, to glebokie poczucie milosci i jednosci z drugim czlowiekiem.  To sa niezwykle cenne chwile.  Wtedy nie musze szukac slow, nie musze myslec co moge zrobic – wtedy po prostu reaguje z glebi  tego serca.
Najczesciej jednak automatycznie uciekam od bolu i cierpienia – te mocne emocje czesto wydaja sie zagrazac zagrazaja mojemu poczuciu szczescia.

Bo cierpienie to faktycznie mocarna  i trudna emocja. Moze nas kompletnie zabarykadowac i uczynic z nas nic-nie-czujacy kamien.   Cierpienie moze byc tez doskonalym nauczycielem i pomoc nam w odlupaniu tych wszystkich bolesnych narosli na naszym sercu, dotarciu do tego prawdziwego rdzenia naszego istnienia, do tej prawdy ktora kazdy czlowiek nosi w sobie. Cierpienie moze byc droga do wspol-czucia. Wspol-czucie –wspol-odczuwanie to jakby umiejatnosc wejscia w buty innego czlowieka, zrozumienie emocji drugiego czlowieka.   Ale to trudna sprawa.  Prawdziwe wspol-czucie jest tylko mozliwe jesli rozumiemy swoj wlasny bol. Jesli go oswoimy. Spedzimy z nim czas, pozwolimy na ciezkie serce. Cierpieniu czesto towarzyszy lek ktory nieoswojony moze kompletnie sparalizowac  nasze myslenie.

Kiedy jednak przyjrzemy sie temu przestraszonemu mysleniu czesto uswiadamiamy sobie te pozatykane dziury nieprzebytej zaloby, nie-rozwiazane urazy,  nasze zlosci ktore poranily innych, nasze nieuczciwosci czesto zmotywowane niewiedza lub poranionym ego. Czysto w medytacji naszego bolu odkrywamy po prostu pustke emocjonalna.  I ten czas spedzony sam na sam z naszym bolem to pierwszy krok do wspol-odczuwania. Czujemy swoje emocje uczciwie, takie jakie po prostu sa, umiemy sobie przebaczyc, umiemy obejsc sie za soba lagodnie – wtedy wieksza szansa jest na to ze gdy przyjdzie czas by wejsc w buty innego czlowieka, moze agresywnego, moze klamiacego, moze zrozpaczonego i bezsilnego ze to nasze madrzejsze serce bedzie umialo zareagowac z prawdziwym wspolczuciem. Tak aby nie propagowac bolu, aby nie dopuscic go do siebie, ale tez nie odbic od siebie, raniac wszystkich naokolo.

Wczoraj poczulam ta drgajace serce. Zamilklam. Wysluchalam. Poczulam bol drugiego czlowieka. Powiedzialam cos co pomoglo. 

NOWY ROK 2021 - czego dowiedzialam sie w roku 2020?

  Ze mojemu , prawie 30 -letniemu malzenstwu potrzeba bylo tego czasu spedzonego w domu, ktory wzmocnil nasza przyjazn. I ze zaloba bardzo b...